Przemoc w szkole? Ciebie to też dotyczy

przemoc w szkole i agresywne dzieci to weilki problem polskiej szkoły
foto: anitapeppers

Przemoc w szkole?
– Ależ nie, nie u nas, u nas takie rzeczy się nie zdarzają.
– Tak, to smutne, ale walczymy, robimy, co możemy…
Czyli co?

Ostatnio natknęłam się w Sieci na artykuł o nastolatku, który w jednej z trójmiejskich szkół dusił swojego kolegę.
Pokłócili się o coś, jeden drugiego zaszedł od tyłu i zaczął go dusić, tak długo aż tamten stracił przytomność.
Przyjechała policja i pogotowie. Poszkodowanego odwieziono do szpitala, napastnika na komisariat policyjny.

W szkole jest zainstalowany monitoring, między innymi dlatego wiadomo dokładnie jaki przebieg miało całe wydarzenie.
Swoje zdanie na temat monitoringu w szkole już kiedyś wyraziłam i okazuje się, że wcale się nie pomyliłam. Nie pomógł w tym wypadku, tak jak nie pomógł i nie pomoże w żadnym  innym.

Pytanie skąd w dzieciach bierze się taka agresja?

Jak można szkolnego kolegę doprowadzić do takiego stanu, że potrzebne jest pogotowie?
I pytanie kolejne: jak takiej agresji i przemocy w szkole przeciwdziałać, jak do niej nie dopuścić i co robić, kiedy ona się już pojawi? Bo przecież trzeba coś robić. Nie można dzieci zostawić samych sobie.

Nie można, a jednak się je zostawia. Jeśli dobrze popatrzymy, jeśli będziemy chcieli zobaczyć, zobaczymy.
Dzieci tak naprawdę opuszczone przez rodziców, dzieci odtrącone przez kolegów, dzieci, których szkoła, nauczyciele, pedagodzy nie chcą zobaczyć. Dzieci, które wołają i nikt ich nie słyszy.
My, rodzice tych „dobrych” boimy się ich, bo boimy się o własne pociechy. Najchętniej usunęlibyśmy małych bandytów z pola naszego widzenia, z otoczenia naszych dzieci. I nie ma w tym nic dziwnego.
Tyle, że to tak naprawdę przecież nie rozwiązuje problemu.

Co problem przemocy w szkole, przemocy wśród dzieci rozwiązuje?

Nie zamierzam silić się tutaj na  dawanie komukolwiek jakichkolwiek rad, ale  na pewno coś trzeba zrobić.
Kto to ma zrobić?
No właśnie.
Problem zaczyna się już w najniższych klasach podstawówki. Już wtedy powoli widać kto jest kim. Moim zdaniem kłopoty idą za dzieckiem z domu. Ono z tymi kłopotami wchodzi do szkoły i próbuje sobie radzić tak, jak potrafi i jak je nauczono. I sobie nie radzi.
I tu powinna działać szkoła. Nauczyciel, później pedagog, a później…Później nie ma już nic, chyba, że o czymś nie wiem
Bo nawet jeśli przy dobrych wiatrach nauczyciel zareaguje, to nie wiadomo, co z takim dzieckiem zrobić dalej.

Według mnie to powinien być jakiś system naczyń połączonych

Od pedagoga szkolnego mały człowiek z kłopotami powinien trafić pod skrzydła kogoś, kto będzie mógł mu pomóc. I nie chodzi tu o wchodzenie w kompetencje rodziców, którzy choć robią niewiele lub nic, pewnie zaraz podnieśliby krzyk, że się wchodzi w ich życie z butami, tylko o to, żeby dzieciak mógł znaleźć oparcie. Żeby mógł zobaczyć, że jest alternatywa dla kopania kolegów lub zrzucania ich ze schodów.
Jakaś świetlica z prawdziwego zdarzenia, ktoś, kto pomógłby odrobić lekcje, poczytał książkę czy pokazał fajną grę w Internecie, albo po prostu porozmawiał i pomógł uporać się z niektórymi trudnymi sprawami, a najpierw jeszcze by do tej świetlicy zagarnął.
Bo małym dzieciom nie trzeba tak naprawdę wiele, żeby mogły wyjść na ludzi.
A jeśli zajmiemy się małymi ludźmi, więksi nie będą chcieli się  nawzajem pozabijać.
Ja wiem, że tacy też się znajdą, ale będzie ich na pewno zdecydowanie mniej.

Pytanie tylko, kto to ma zrobić? Państwo o tym nie myśli, państwo chce zakładać monitoring, więc co nam pozostaje?
Nam, bo to niestety jest nasz wspólny problem i nie uciekniemy od niego.

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment